Język miłości, język nienawiści.

Od tygodni obserwujemy przedłużające się przedstawienie cyrkowe dotyczące koncepcji społeczno-kulturowego ukontekstowienia płci, którą socjologowie nazwali sobie dla odróżnienia od płci biologicznej właśnie „gender”. Termin ten zrobił taką karierę, jak nie przymierzając skrót „ChWDP”. Publikowany dziś w „Rzeczpospolitej” wywiad z bp. Tadeuszem Pieronkiem jest przykładem korzystania z tej popularności.

Czytając wywiad pojawia mi się refleksja dotycząca tego w jaki sposób używanie języka kształtuje rzeczywistość. Koncepcja gender, to jedna z koncepcji socjologicznych ułatwiających opisywanie zjawisk społecznych. Takim samym terminem jest na przykład pokolenie czy religia. Czy przedstawiciele Kościoła Katolickiego mówiący o „ideologii gender” tak samo będą mówić o „ideologii katolickiej”? A może termin „ideologia katolicka” powinna stać się powszechnie używanym terminem w mediach opisującym poglądy głoszone przez wyznawców tej religii? To również moja propozycja dla organizacji feministycznych, które zastanawiają się nad językiem swojego protestu. Przekonała się o tym pani Katarzyna Bratkowska, której deklarację również i ja odebrałem co najmniej z zaskoczeniem. Jako facet, mogę sobie jednak tylko wyobrazić poziom opresji społecznej, której doświadcza kobieta wprost odrzucająca konwenans. Dlatego dotarło do mnie, że chyba nie specjalnie ma inny sposób artykułowania swoich poglądów. Jak ma to robić inaczej, skoro druga strona dyskursu aborcyjnego ustawia gdzie się da plansze z pokrojonymi płodami. Z prawdziwą aborcją nie mają nic wspólnego, ale kiedy ktoś zwraca na to uwagę to zawsze można wrzeszczeć o obrazie uczuć religijnych. Idźmy dalej – jak ma żyć w Polsce niewierząca kobieta? Chce swobodnie korzystać ze środków antykoncepcyjnych – nie może, bo lekarze już mają, a aptekarze właśnie się domagają klauzuli sumienia. Chce skorzystać z badań prenatalnych – nie może, bo nie dość, że NFZ nie da na to pieniędzy, to jeszcze lekarz nie skieruje, bo klauzula. Jeśli będzie chciała zaadoptować dziecko ze swoim partnerem, to dowie się, że jej bezwyznaniowość to okoliczność obciążająca. Jeśli będzie mieć z partnerem swoje wymarzone dziecko, to usłyszy, że to produkt. Jeśli nie obchodzi świąt, to wszyscy jej będą mówić, że jest dziwna, bo jak to tak, że nic nie przygotowuje na święta. Szkoda, że opluwający Bratkowską nie zadadzą sobie trudu takiego eksperymentu myślowego dotyczącego praktykowania swoich praw i wolności.



O właśnie. W rozumieniu kościoła wolność, zresztą tak jak cała reszta, może być osiągnięta jedynie przez wiarę w Boga. Ale dotyczy to jedynie osób, które uznają istnienie Boga. Jeżeli ci niewierzący mają prawny obowiązek szacunku dla wierzeń religijnych, to osoby religijne mają szanować to, że są tacy, którzy w żadnego boga nie wierzą. Biskup Tadeusz Pieronek – możny przedstawiciel Kościoła Katolickiego – oczywiście zasługuje na szacunek przynależny choćby jego wiekowi. Trudno jednak odczuwać szacunek do głoszonych przez niego poglądów. W wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” ładnie przytacza definicję gender jednocześnie w następnym zdaniu mówi taką rzecz, która jasno pokazuje, że w ogóle nie rozumie tego terminu, albo co gorsza – celowo termin ten fałszuje. Na dodatek argumentuje kłamstwami. Rządzący bowiem w żaden sposób nie mają woli do realizowaniu zasad równości płci. Świadczy o tym choćby to, jak rodzi się Krajowy Program Działań na rzecz Równego Traktowania. Chrześcijańska zasada nierozerwalności małżeństwa, której broni biskup jest absurdem i dla katolików w Polsce. I to głównie takich, którym „gender” zupełnie nie jest w głowie. Większość rozwodów w Polsce jest bowiem orzekana z powodu przemocy domowej. Wyższość moralności katolickiej pozwala mu za to w tym samym wywiadzie na promocję naprotechnologii – czyli metody Billingsów, która tym razem jest sprzedawana jako sposób na kłopoty z płodnością. Skuteczność jest taka sama jak i w przypadku stosowania tej metody jako planowania rodziny. Wymieniane przez biskupa zalecenia UE jak również ONZ to przede wszystkim zalecenia dotyczące zapobieganiu znienawidzonej przez Kościół aborcji. Poziom demagogii biskupa jest więc trudny do ogarnięcia w miarę logicznym rozumem. Ale to trudne do zrozumienia tak samo jak deklaracja zakonnika, który mając 37 lat nie ma pojęcia o prawie rodzinnym i przepisach dotyczących adopcji.

Przypomniało mi się, że Towarzystwo Rozwoju Rodziny w latach 80-tych, z inicjatywy prof. Mikołaja Kozakiewicza opublikowało książkę „Pro i kontra w planowaniu rodziny, w wychowaniu seksualnym”. Ta książka do dowód, że dialog na rzeczowe argumenty był możliwy. Zawierała wypowiedzi i zwolenników wolnego wyboru w zakresie płodności i seksualności, jak i przeciwników – w tym przedstawicieli Kościoła Katolickiego. Tak – było to możliwe za „komuny”. Dlaczego nie możliwe jest to teraz?
Trwa ładowanie komentarzy...