Wojna o raport

Myślicie, że poglądy na zdrowie seksualne i reprodukcyjne to podstawowy temat wojenek ideologicznych tylko w naszym kraju? Nic bardziej mylnego! Jutro odbędzie się w Parlamencie Europejskim kolejne głosowanie nad raportem Edite Estrela na ten temat.

W poprzednim głosowaniu Parlament Europejski zdecydował o odesłaniu raportu z powrotem do Komisji Praw Kobiet i Równouprawnienia. Europosłowie głosujący przeciw to przede wszystkim konserwatyści oraz chadecy (tu należą wszyscy z PO i PSL). Wszystkie podnoszone przez nich argumenty jasno pokazywały jak mała jest ich wiedza na temat zdrowia seksualnego i reprodukcyjnego oraz praw w tym zakresie. Bardziej interesujące jest jednak to, że gdyby ci europosłowie i europosłanki głosowali w polskim Sejmie, ostatnia wojenka o aborcję mogłaby mieć przebieg niekorzystny dla polskich kobiet. Ze smutkiem jednak trzeba przyznać, że znowu całość dyskusji o zdrowiu seksualnym i reprodukcyjnym jest sprowadzana do tego jednego słowa – do aborcji.



Zdrowie seksualne i reprodukcyjne to znacznie szerszy zakres pojęciowy. Zaczynając od aborcji a na wolności od przemocy seksualnej kończąc. Zawsze w tej dyskusji pojawia się już kuriozalny argument „zachęcania” do aborcji. Zwolennicy prawa do aborcji (w tym również Towarzystwo Rozwoju Rodziny) nigdy do aborcji nie zachęcali. Aborcja jest zawsze dramatyczną decyzją kobiety. Zagwarantowanie prawa do aborcji daje kobiecie szansę na możliwie bezpieczne przejście zabiegu i szansę na posiadanie dzieci w wybranym przez nią momencie. Zawsze również zwolennicy tych praw jasno mówili, że konieczne jest zapewnienie każdej kobiecie dostępu do metod planowania rodziny, które zapobiegłyby stawianiu jej przed decyzją o aborcji.
Raport europosłanki Edite Estrela wzbudza uzasadniony niepokój u rządzących, bo pokazuje ogrom zaniedbań dotyczących zdrowia seksualnego i reprodukcyjnego w samej Unii. Nadal nie rozwiązano problemów dotyczących śmiertelności okołoporodowej kobiet, rosnącej liczby zakażeń przenoszonych drogą płciową, przemocy seksualnej, problemów płodności czy braku dostępu do edukacji seksualnej. Sprowadzanie dyskusji do aborcji jest więc sprytnym unikiem przed skonfrontowaniem się z niewygodnymi faktami, że nasza wyśniona Wspólnota wcale nie jest taka „wspólna” – szczególnie dla kobiet i młodych ludzi. Dyskusja nie dotyczy bowiem systemowych rozwiązań dotyczących planowania rodziny, zachęcania do posiadania potomstwa, zabezpieczeń socjalnych i prawnych samotnych rodziców, dostępu do wiedzy, zapobiegania przemocy seksualnej. Najważniejsze, żeby aborcji nie było, albo – co właściwie jest sensem tej całej wojenki – żeby o niej nie mówić.

W 2014 roku czekają nas wybory do Parlamentu Europejskiego. Politycy i ci, którzy do tego miana pretendują, z wszelkich możliwych opcji ideologicznych marzą o dorwaniu się do bardzo sutych unijnych apanaży. Czy na pewno potrzeba nam tam takich, którzy w walce ideologicznej zatracają poczucie odpowiedzialności za zdrowie i bezpieczeństwo własnych wyborców? Którzy pragmatyzm mają w głębi swojego ideologicznego zacietrzewienia? Niedługo będziecie mogli o tym zdecydować sami.
Trwa ładowanie komentarzy...