O autorze
Piotr Kalbarczyk, socjolog, psychoterapeuta. Koordynator projektów międzynarodowych Towarzystwa Rozwoju Rodziny.

Frontowa edukacja

Nowa ministra edukacji łatwo mieć nie będzie. Jednym z pierwszych pytań dziennikarzy było to o edukację seksualną. Drugie – o jej opinię o maturze z religii. Media rzuciły się na świeżą krew.

Przed ministrą stoją negocjacje ze związkami zawodowymi nauczycieli, przekonanie opinii publicznej o sensowności obniżenia wieku obowiązku szkolnego jak i sprawy dotyczące modernizacji programów edukacyjnych w związku z próba wprowadzenia e-podręczników. W tym kontekście sprawy wymienione w akapicie wstępu spadają na dalszy plan. W kwestii edukacji seksualnej żadnych zmian nie będzie – już były minister Wiatr powiedział, że każdy, kto się tym zajmie szybko na tym polegnie. Żaden z kolejnych ministrów sprawą się nie zajął – chociaż może to i dobrze. Strach się bać, co mogłoby z tego wyniknąć, gdyby zajęli się tworzeniem tych programów ministerialni „eksperci”. Dobrym tego przykładem są programy przedmiotu "Wychowanie do życia w rodzinie".



Nie wiem jak czytelników, ale bardzo mierzi mnie to ustawianie edukacji seksualnej na linii frontu świętej wojny z religią w szkołach. Wprowadzanie nauczania religii do szkół odbywało się na fali przemian ustrojowych. Było traktowane jako duże ułatwienie dla uczniów i ich rodziców. Trudno uznać, że tak nie było – lekcje religii odbywały się wcześniej w różnych warunkach – często w nieogrzewanych zimą salach, w godzinach utrudniających organizację życia rodzinnego. Niestety ciepłe sale szkolne nie rozpaliły religijnej żarliwości. To co się zrutynizowało do obowiązku szkolnego szybko straciło swój smak, czego wyrazem jest liczebność chętnych do korzystania z katechezy.
Jako zwolennik dostępności edukacji seksualnej muszę przyznać, że trochę mnie cieszy, że edukacji tej w szkole nie ma. Dzięki temu nadal ma ona posmak „owocu zakazanego”. Gdyby była powszechnie dostępna, a co gorsza na ocenę – szybko stałaby się nudnym, unikanym przedmiotem prowadzonym przez nauczycieli, którzy „dorabiają” godziny do etatu. Pozostawienie jej poza systemem edukacji daje jej to, co posiadała katecheza przed rokiem 1990 – tę okazję do uczestnictwa w czymś co jest poza oficjalnym obiegiem, spotkania z prowadzącymi, którzy mieli argumenty większe (wyższe?) niż zezwolenie lokalnego biskupa. Nikt, kto jest zaangażowany w promowanie edukacji seksualnej na pewno nie chciałby, żeby spotkało ją to co stało się udziałem katechezy w szkołach.

Edukacja seksualna to nie zło w czystej postaci. To po prostu podstawowa wiedza, która powinna być dostępna dla wszystkich. Jej filary to wiedza o anatomii i fizjologii człowieka, wiedza o ryzykach związanych z zachowaniami seksualnymi, świadomość procesów związanych z płodnością czy w końcu wiedza i umiejętności dotyczące relacji międzyludzkich, co zresztą nasza organizacja powtarza od lat. Szkoda, że niektórzy nadal chcą patrzeć na tą tematykę przez pryzmat swoich lęków i doświadczeń związanych z seksualnością. Nie jest ona na pewno „erotyzowaniem” uczniów. W tym zakresie znacznie lepiej radzą sobie przeciwnicy tej edukacji, ciągle straszący wizją, że w czasie zajęć promuje się masturbację lub jakieś nieokreślone techniki i zachowania seksualne. Treści dotyczące ról związanych z płcią przekazywane w czasie zajęć dotyczą ich równości. To może budzić pewien niepokój zwolenników porządku patriarchalnego, a właściwie pewnej jego emanacji sprowadzającej rolę kobiety do wielofunkcyjnego robota domowego. Myślę jednak, że czasy takiego postrzegania świata już minęły i mimo zaklinania rzeczywistości – już nie wrócą.

Pani Ministro! Życzymy Pani, aby jak Pani powiedziała – była Pani ministrem edukacji, a nie poszczególnych grup interesów związanych ze szkołą. Sobie natomiast życzymy, żeby była to edukacja otwarta na wiedzę, a nie na ideologię.
Trwa ładowanie komentarzy...