Prawo dostępu do usług, czyli komu hańba.

Tekst ten zacząłem pisać 19 marca. Zaczynał się tak:

Dziś chciałbym zająć Państwa paroma akapitami na temat dostępu do usług w zakresie dotyczącym zdrowia seksualnego i reprodukcyjnego. Temat ten w naszym kraju to wielki obszar problemów. I nie są one związane wyłącznie ze słabością ekonomiczną naszego systemu opieki zdrowotnej, ale jak zwykle - dotykają sfery ideologicznej i politycznej.
 
W kanonie praw ogłoszonych przez International Planned Parenthood Federation prawo to oznacza, że każdy człowiek ma prawo do dostępu do wszystkich nowoczesnych metod medycznych, edukacyjnych i informacyjnych, które wspierałyby jego decyzje dotyczące seksualności czy posiadania potomstwa. Jakże bardzo współczesny świat zaniedbuje to prawo. Mimo istniejących metod, środków czy przepisów tkwimy w tym zakresie gdzieś w Średniowieczu. Dlaczego? Bo wiele potrzeb nie może być zaspokajanych nie z powodów braku wiedzy czy środków, a z powodów przekonań ideologicznych.
Spójrzmy choćby na dostęp do badań prenatalnych. W warunkach współczesnej medycyny amniopunkcja nie jest obciążona wielkim ryzykiem dla kontynuowania ciąży. Pozawala jednak na potwierdzenie istotnych z punktu widzenia przyszłych rodziców diagnoz dotyczących stanu zdrowia płodu. Jest również ostatecznym badaniem, które może pozwolić rodzicom o podjęciu decyzji o aborcji, jeśli płód jest uszkodzony. Sama taka możliwość wywołuje wielki opór przeciwników prawa wyboru, mimo, że do aborcji nikt nikogo nie zmusza. Lekarze niechętnie zlecają i wykonują takie badania, bo nie chcą aby przyklejono im łatkę "mordercy niewiniątek".

 
Parę tygodni później mamy ognistą kłótnię, którą uspokoiła dopiero "afer(k)a taśmowa". Temperatura konfliktu ukazała, jak bardzo stawiane przeze mnie tezy są aktualne. Oburzając się na polityków, którzy dosadnie, a może nawet knajacko, komentują swoją pracę i doświadczenia z niej płynące łatwo przełykamy obelgi rzucane pod adresem lekarzy, którzy respektują obowiązujące w Polsce prawo. Całe szczęście, że broniąc sygnatariuszy „Deklaracji” twórcy „Listy hańby lekarzy” nie są traktowani zbyt poważnie. Rzuca się jednak w oczy łatwość szermowania takimi epitetami.


Aktywność zawodowa zetknęła mnie z większością napiętnowanych przez oponentów lekarzy. Po za fachem łączy ich głębokie poszanowanie dla prawa kobiety do decyzji dotyczącej jej ciąży. Żaden z nich nigdy nie wyrażał się lekceważąco o aborcji. Wszyscy zawsze podkreślali fakt, że w wachlarzu możliwości interwencji medycznych jest to ta ostateczna. W sytuacji wyłącznie trudnych wyborów stają jednak po stronie kobiety – jej prawa i zdrowia. Trudno nie odnieść wrażenia, że oponenci stają wyłącznie po stronie własnego ego i przekonania o wyższości swoich przekonań, bo trudno uznać, że krzyki o „mordowaniu niewiniątek” stanowią znaczące wsparcie dla uszkodzonych płodów jak i noszących je matek. W kontekście ich wiary trudno mi zrozumieć dlaczego odrzucają możliwość, że hasło „Bóg tak chciał” dla wielu osób nie jest wystarczającym wytłumaczeniem.

Zanim więc powstanie następna „lista” czy „deklaracja”, warto się zastanowić, jakie będą skutki dla tych, które są pomijanym podmiotem – kobiet.
Trwa ładowanie komentarzy...